wtorek, 27 września 2016

Problemy ze stawami ... niestety :(

Witajcie!
Wydawać by się mogło, że kupując psa ze sprawdzonej hodowli, z rodowodem, wszystkimi papierami na piątkę z plusem, bez obciążeń genetycznych uniknie się schorzenia, które jest zmorą labradorów. Niestety, nigdy nie mamy 100% gwarancji, że pies, którego kupiłeś, nie będzie miał problemów ze stawami, czyli nieszczęsnej dysplazji. Ale do rzeczy...
Od jakiegoś czasu zaobserwowaliśmy u Dolara pewne niepokojące objawy związane z jego poruszaniem się i aktywnością fizyczną. Dolar zawsze chętnie wybierał się ze mną na przebieżki i pokonanie dystansu 5 km w nieco szybszym tempie niż zazwyczaj nie stanowiło dla niego większego problemu. Od niedawna jednak problem zaczął się pojawiać, ponieważ po przebyciu około 1 km Dolar miał dość, trzeba go było wręcz na siłę mobilizować, by się ruszył, odwracał głowę w stronę domu i ewidentnie dawał znać, że nie chce biec dalej, że chce wrócić ... To już dało nam do myślenia.
Drugim, dość silnym bodźcem do działania, była sytuacja sprzed tygodnia, kiedy to w piątek Dolar był ze mną na szybszym 5 km spacerze, a w sobotę postanowiliśmy wziąć go pod prysznic i wykąpać przed zimą. Nie miał większych oporów, nie wyrywał się, stał grzecznie i dał się upiększyć, nieco się może spiął (usztywnił). Powycieraliśmy go, wyczesaliśmy i normalnie po wieczornym spacerku poszedł spać. Problem uwidocznił się w niedzielę rano, kiedy Dolar ledwo podniósł się ze swojego legowiska. Miał zesztywniałą całą tylną część ciała i zgłupieliśmy, bo nie wiedzieliśmy, czy to efekt skurczu, tego jego napięcia w trakcie kąpieli czy jednak jest to coś poważniejszego. Z każdą godziną było jednak lepiej, a popołudniu wszelkie objawy minęły i z poruszaniem się nie było już problemu. Nadal jednak widzieliśmy, że tylne łapy Dolar stawia dość sztywno, zwłaszcza lewą, a trakcie biegu wykonuje coś w stylu "króliczych skoków" (obie łapy unosi jednocześnie).
Trzeba było zacząć działać, decyzja i plan - telefon do hodowcy, weterynarz, rozmowa, rentgen, diagnoza, leczenie ...
Po rozmowach z hodowcą polecony nam został weterynarz, którego gabinet mieści się ponad 40 km od domu, ponoć młody, ambitny, dociekliwy... Niestety ze względu na moją pracę na wizytę mąż musiał udać się sam, no może nie całkiem sam, bo zabrał Dolara :) Samo podejście lekarza, czas oczekiwania na wizytę (wcześniej umówioną) może pomińmy, bo paść by tu musiało kilka niecenzuralnych słów. Co wykonano? Dolar został zbadany ręcznie, a następnie uśpiony i wykonano mu zdjęcie rentgenowskie. Zdjęcie niestety okazało się praktycznie nieczytelne dla zwykłego zjadacza chleba (komentarz weterynarza - miałem słabe odczynniki ... miałeś, to czemu nie wymieniłeś?), a diagnoza (na podstawie nieczytelnego zdjęcia) brzmiała - muszę skonsultować to z kolegą chirurgiem, bo ja się tym nie zajmuję, ale pies kwalifikuje się według mnie do operacji. Dolar dostał leki na 4 dni, ponieważ miał ponoć lekki stan zapalny stawów, a weterynarz obiecał zadzwonić następnego dnia. Mąż wrócił załamany i wkurzony jednocześnie, a Dolar po "głupim jasiu" dochodził do siebie jeszcze parę godzin.
Lekarz odezwał się dwa dni później twierdząc, że skonsultował zdjęcie z kolegą i pies kwalifikuje się do zabiegu operacyjnego (ingerencja w kości). Mąż podziękował za informację i ponownie wykonał telefon do hodowcy. Nie mogliśmy uwierzyć w tak poważną diagnozę na podstawie tak beznadziejnego zdjęcia, a poza tym ingerencje operacyjne traktujemy z mężem jako ostateczną ostateczność. Potrzebowaliśmy konsultacji, pilnie! Polecono nam innego lekarza, oddalonego od domu o ponad 50 km... lekarz starszy wiekiem i bardziej doświadczony. Tym razem wybraliśmy się do niego z mężem razem + Dolar oczywiście.
Wizyta? Najpierw opis problemu, a potem reakcja lekarza: ocena organoleptyczna, badanie ręczne, wstępne przypuszczenia, decyzja o zdjęciu, podanie leków przeciwwymiotnych i potem usypiających, osłuchanie Dolara, wpięcie wenflonu, wykonanie zdjęcia, ocena zdjęcia, wybudzenie psiaka i diagnoza. Dysplazja? Nie, ale są minimalne zmiany w lewej łapie. Lekarz ocenił, że jest dobrze, a nie idealnie i stan Dolara ocenił na A/B. Leczenie? Nie! Obserwacja, nie przeciążanie psa i pojawienie się dopiero w momencie, kiedy zaobserwujemy, że Dolar zaczyna utykać na jakąś łapę lub będzie widać, że coś mu dokucza, coś go boli ... Ulżyło nam! Naprawdę nam ulżyło !!! Dolar dziś był z samego rana jeszcze nieco osowiały, ale śniadanie pożarł i odżył :)
Poniżej pokazuję Wam kilka zdjęć z wczorajszej wizyty. Macie okazję zobaczyć, jak wykonuje się u labradorów zdjęcia rentgenowskie.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę o pisanie przemyślanych komentarzy